Mobbing po amerykańsku

Corey Robin 15-03-2002

Główne nieszczęście związane z pracą nie polega na tym, że kultura rynku przemienia wszystko w towar, ale na tych poniżających gestach wobec przełożonych, do których zmuszani są pracownicy - pisze Corey Robin

Kiedy John F. Kennedy jeździł po Wirginii Zachodniej podczas swej kampanii wyborczej w 1960 roku, zaczepił go pewien górnik, który chciał wiedzieć, czy to prawda, że Kennedy jest "potomkiem najbogatszych ludzi w kraju". Ten przyznał, że to prawda. "Naprawdę nigdy panu niczego nie brakowało i zawsze miał pan wszystko, czego pan zapragnął?" - naciskał górnik. "No, chyba tak". "I naprawdę ani razu w życiu nie musiał pan przepracować dnia własnymi rękami?". Kennedy kiwnął głową. "No to coś panu powiem - warknął górnik. - Nie ma pan czego żałować".

Znakomite książki Barbary Ehrenreich "Nickel and Dimed: On (Not) Getting by in Boom-Time America" ("Praca za grosze, czyli o tych Amerykanach, co nie wyszli na swoje w czasie boomu") oraz Jilla Andresky'ego Frasera "White-Collar Sweatshop: The Deterioration of Work and its Rewards in Corporate America" ("Wyrobnicy w białych kołnierzykach, czyli o spadku warunków pracy i wynagrodzeń w świecie amerykańskich korporacji") w czarnych barwach przedstawiają żywot człowieka zatrudnionego. Ehrenreich osobiście badała najniższe rejony sfery usługowej, pracując jako kelnerka na Florydzie i jako sprzątaczka w domu starców w Maine. Fraser natomiast przeprowadził mnóstwo wywiadów z wysoko sytuowanymi pracownikami Intela, Microsoftu i innych firm będących perłami w koronie gospodarki high-tech. Mimo tych odmiennych doświadczeń oboje autorzy przedstawiają ten sam wizerunek Ameryki targanej przez głęboki niepokój gospodarczy.

Jeszcze bardziej jednak uderzające są ich pozbawione emocji opisy samej pracy, a zwłaszcza autorytarnej nieledwie władzy, której poddani są wszyscy pracownicy, niezależnie od koloru kołnierzyków. Zarówno Ehrenreich, jak i Fraser pokazują, że praca bynajmniej nie umożliwia dziś człowiekowi duchowej swobody - wymaga natomiast swoistego posłuszeństwa, sprzecznego zarówno ze szlachetnymi frazesami o wolnym rynku, jak i z najbardziej nawet minimalnymi standardami społeczeństwa liberalnego. Pracownicy zamieszkują świat nie tyle po ile przednowoczesny - świat, którego teorię stworzył nie Karol Marks i nie Adam Smith, tylko Joseph de Maistre [1753-1821, francuski filozof, tradycjonalista, zwolennik teokracji - red.].

W starym stylu, na kolanach

Pomysł napisania "Pracy za grosze..." przyszedł do głowy Barbarze Ehrenreich podczas lunchu za 30 dolarów złożonego z "łososia i zieleniny", w towarzystwie Louisa Laphama, redaktora pisma "Harper's". Siedzieli w maleńkiej restauracji w Nowym Jorku i zastanawiali się nad losem milionów kobiet, które tracą prawo do zasiłku i muszą podejmować się różnych niskopłatnych zajęć.

"I wtedy powiedziałam coś, czego później wielokrotnie miałam żałować - wspomina Ehrenreich. - Mianowicie, że ktoś powinien wykonać kawałek dziennikarstwa w starym stylu, czyli pójść i spróbować tego samemu". Ani się obejrzała, a już serwowała głodnym turystom sałatki i ciastka w taniej knajpie na Key West.

Popracowawszy w pięciu różnych miejscach i trzech różnych miastach, Ehrenreich doszła do wniosku, że współczesna praca bardzo często nie zapewnia utrzymania nawet jednemu człowiekowi, a co dopiero całej rodzinie. Ona sama pracowała w dwóch miejscach naraz, żywiąc się "mięsem mielonym, fasolą, serem i makaronem", ale we wszystkich trzech miastach znaczną część jej budżetu pochłaniał czynsz. "Nie trzeba kończyć ekonomii - pisze - by zrozumieć, że płace są za niskie, a czynsze za wysokie".

Do takiego jednak matematycznego wniosku wystarczyłby kalkulator. Ehrenreich natomiast dzięki temu, że sama podejmowała się tych prac, zdołała uchwycić konkretne upokorzenia, jakie spotykają pracownika - od kursu pokonywania przeszkód, który musiała przejść w restauracji ("Pracownikom nie wolno wchodzić głównymi drzwiami; wchodzę więc pierwszego dnia od kuchni, a tam długowłosy blondyn, cały czerwony, ciska mrożonymi kotletami o ścianę i wrzeszczy: >Kurwa wasza mać!"), po "niechciane poufałości", jakie spotykały ją, kiedy sprzątała łazienki ludzi uprzywilejowanych.

Zarówno opisując taksonomię brudnych ubikacji ("Istnieją trzy rodzaje plam po gównie"), jak i morderczy rygor mycia okien w budynku bez klimatyzacji ("Widzę, jak na dworze robotnicy budowlani popijają gatorade, ale sprzątaczce nie wolno tknąć żadnego jedzenia ani napoju, dopóki przebywa w budynku"), Ehrenreich pokazuje, jak narzucane w pracy formy podporządkowania odtwarzają zhierarchizowany porządek starej Europy. Przykładem może być broszura, w której pewna firma sprzątająca z Maine reklamuje się z dumą: "My czyścimy podłogę w starym stylu - na klęczkach".

Jeszcze przed zatrudnieniem Ehrenreich musiała poddać się intymnej kontroli. Podczas testu na obecność narkotyków "natrętna kobieta w niebieskim uniformie" złapała ją za ręce i oblała je pienistą cieczą, a potem kazała jej natychmiast umyć ręce i przyglądała się, żeby Ehrenreich nie mogła wrzucić do swojego moczu, który oddała do analizy, żadnych środków rozpuszczających narkotyki. Po zatrudnieniu stwierdziła, że pracownik musi nie tylko siusiać, ale i wstrzymywać mocz na zawołanie - opisuje przypadek kobiet, którym przez sześć godzin zabrania się wychodzić do ubikacji, więc muszą nosić pieluchy.

Po teście narkotykowym odbywają się jeszcze bardziej ingerujące w sferę intymną sprawdziany osobowości. Niektóre pytania mają charakter polityczny, np.: "Czy uważasz, że konflikt między pracodawcą i pracownikiem jest nieunikniony, ponieważ jeden i drugi dążą do odmiennych celów?". Inne pytania zmuszają pracownika do prywatnych zwierzeń. Czy ma skłonność do użalania się nad sobą? Czy uważa, że ludzie obgadują ją za plecami? "Prawdziwa rola tych testów - wnioskuje Ehrenreich - nie polega na informowaniu pracodawcy, ale właśnie pracownika - a informacja ta brzmi: >Przed nami nie będziesz mieć żadnych tajemnic".

Pracownicy są pod stałą obserwacją. Kierownicy przechadzają się po korytarzach, czatując na "plotkujących", przy czym "plotka" może oznaczać wszystko, od rozmowy o planach na weekend po obgadywanie szefa. Część spośród tych restrykcji jest nielegalna (nie wolno np. zakazywać pracownikom dzielenia się informacją o swoich zarobkach), ale tylko niewielka część. Jak twierdzi jeden ze zwierzchników Ehrenreich, jeżeli pracownik w godzinach pracy zajmuje się czymkolwiek poza pracą - choćby rozmawianiem - to jest to "kradzież czasu".

Tak ścisły nadzór w połączeniu z lękiem przed zwolnieniem sprawia, że pracownicy zmieniają się w zalęknionych ludzi, którzy kurczą się w obecności zwierzchnika i wolą nie protestować przeciwko niesprawiedliwości. Kiedy w hipermarkecie Wal-Mart jeden z kierowników przyłapał Ehrenreich na "kradzieży czasu" i spytał, dlaczego nie siedzi przy komputerze, przymusiła się do kłamstwa i wykonała "coś, co badacze małp człekokształtnych określają jako grymas strachu, a co polega na wyszczerzonym półuśmieszku". Kiedy pracowała w knajpie na Key West, nie zaprotestowała, gdy zastępca kierownika wyrzucił jej kolegę, dziewiętnastoletniego Czecha, który zmywał tam naczynia. "Oprócz kuchennych zapachów, które czułam jeszcze przed snem, bo prześmiardł nimi mój stanik - pisze Ehrenreich - pojawiło się we mnie coś nowego, jakaś obrzydliwa służalczość. Normalnie jestem w miarę odważna, ale wielu dzielnych ludzi straciło całą odwagę, kiedy trafili do obozów jenieckich. Może coś podobnego zachodzi także w warunkach nieporównanie przyjemniejszych - a więc np. na niskopłatnych stanowiskach w amerykańskich firmach".

Spokój tylko w tunelu

Jedną z tradycyjnych motywacji, by uciekać od tych niedających perspektyw zawodów, stanowiła zawsze perspektywa swobody, jaką daje biały kołnierzyk i pozycja dobrze opłacanego profesjonalisty. Jednakże książka Frasera "Wyrobnicy w białych kołnierzykach..." - dramatyczny reportaż odsłaniający najpaskudniejsze tajemnice z życia współczesnych korporacji - pokazuje, że najwyższe piętra wieżowców nie różnią się aż tak bardzo od knajpianej kuchni. Dzisiejszy profesjonalista, jeżeli chce utrzymać się na stanowisku, musi wykazać się gotowością do nieprzerwanej pracy, również po godzinach, a także całkowitym posłuszeństwem.

Fraser opisuje zabójczy plan zajęć Gemmy, specjalistki do spraw marketingu, która codziennie wraca z Nowego Jorku do podmiejskiego Scarsdale pociągiem o 17.29. Ale Gemma nie jest z tych, co pracują od 9 do 17, przez całą drogę dzwoni do pracy, a dojechawszy do domu, znowu siada przy telefonie. Kiedy dzieci zjedzą kolację i pójdą spać, Gemma musi jeszcze wysłać trochę faksów, poodpowiadać na e-maile i kolejne telefony. Ma tylko jedną przerwę w pracy - kiedy pociąg przez dziesięć minut pokonuje tunel między dworcem Grand Central a 125. Ulicą: "Wtedy nie mogę korzystać z komórki, choćbym chciała".

Gemma i miliony podobnych do niej profesjonalistów nie są ludźmi, którzy dobrowolnie wybrali taki tryb życia: dyrektorzy dbają o to, by ich podwładni uważali, że muszą pracować 80 godzin w tygodniu tylko po to, by nie stracić pracy. Autor książki "Only the Paranoid Survive" ("Przeżyją tylko nienormalni") Andrew Grove, niegdyś jeden z dyrektorów w Intelu, pisze: "Główna rola menedżerów polega na stworzeniu środowiska, w którym ludzie całym sercem poświęcą się idei zwyciężania na rynku. Zasadniczą rolę we wzbudzaniu tego typu namiętności odgrywa strach. Strach przed konkurencją, strach przed bankructwem, strach przed pomyłką, strach przed przegraną - wszystko to bardzo silnie motywuje człowieka".

Fraser pokazuje, że źródłem korporacyjnego boomu w minionej dekadzie wcale nie było poczucie działania we własnym interesie, ale coś bardziej ponurego. Jak to napisał autor pewnego artykułu w "Wall Street Journal": "Miejsce pracy nigdy nie jest wolne od strachu i tak być powinno. Strach bywa niezmiernie skutecznym narzędziem w zarządzaniu".

Niektórzy szefowie korporacji starają się wzbudzać strach staroświeckimi metodami. Np. Grove rządził Intelem tak jak Al Capone w Chicago. Kiedy asystent spóźnia się na spotkanie, Grove czeka na niego z drewnianym kijem wielkości kija baseballowego. Wali nim w stół konferencyjny i krzyczy: "Nie chcę już ani razu spotykać się z ludźmi, którzy nie przychodzą i nie wychodzą zgodnie z planem!". Inni wolą metody elektroniczne i za pomocą komputerów monitorują każdy krok pracownika. Program Investigator stosowany w takich firmach jak Exxon, Mobil czy Delta odnotowuje nie tylko dane dotyczące jakości pracy w firmie (np. liczbę uderzeń w klawisze lub kliknięć myszą w ciągu dnia), ale też wszelkie odruchy nieposłuszeństwa. Jeżeli pracownik napisze jakieś "niebezpieczne" słowo, np. "szef" czy "związek", Investigator automatycznie przesyła cały dokument przełożonemu. "W XV wieku mieli kule na łańcuchach - mówi Fraserowi pewien dyrektor od public relations - a teraz stosują elektronikę".

Zastraszaniu i szpiegowaniu towarzyszą pełne hipokryzji deklaracje indywidualizmu; tymczasem pracownicy, przerażeni perspektywą zwolnienia, zmuszani są do popisów udawanej wesołości i lojalności wobec firmy. Kiedy w NYNEX zaczęły się cięcia, wszyscy pracownicy "z wyższej półki" musieli wziąć udział w trzydniowym wyjeździe, gdzie kazano im skakać po sali. Jeden z pracowników opowiada Fraserowi: "Przełożeni mówili nam: >No i widzicie, jacy jesteście kreatywni, na ile sposobów potraficie skakać po sali? A my to robiliśmy... Wszyscy to robiliśmy".

Specjalista do spraw marketingu z pewnej rozgłośni radiowej opowiada, jak konsultant do spraw personalnych rozdał jemu i kolegom pistolety na wodę, po czym kazał im się nawzajem oblewać. "Dookoła pełno było innych takich jak ja, wszyscy biegali i się oblewali" - opowiada. Pomyślał: "Może wylecę z pracy, jeśli nie będę robił tego samego". Z kolei korporacyjna wierchuszka w Bank of America po przeprowadzeniu serii zwolnień ogłosiła program dla ochotników, polegający na "zaadoptowaniu" bankomatu. Zgłosiło się ponad 2800 pracowników; każdy grzecznie czyścił "swój" bankomat i sprzątał wokół niego - po godzinach, bez dodatkowej zapłaty, żeby tylko nie stracić pracy.

Jak w dzieciństwie, tylko gorzej

Ani Ehrenreich, ani Fraser nie zajmują się ogólniejszymi zagadnieniami z dziedziny socjologii, ale ich opis sytuacji stanowi poważne wyzwanie dla wielu lewicowych intelektualistów. O ile krytycy zainspirowani twórczością Michela Foucaulta [francuskiego filozofa, autora książki "Nadzorować i karać" - red.] skupiają się na instytucjach dyscyplinujących w rodzaju więzień, szpitali czy szkół, książki Ehrenreich i Frasera przypominają nam, że dla większości ludzi najważniejszą instytucją w życiu jest miejsce pracy. Foucault i jego zwolennicy przekonywali nas, że liberalizm i oświecenie pokonały świat średniowiecza, a dyskursy o wolności, rozumu i jednostkowości stanowią współczesne narzędzia sprawowania władzy. Jednakże ludzi w pracy nie dyscyplinuje jakieś bezosobowe panopticum, tylko aż nazbyt wyrazista osoba szefa. Tak więc liberalizmu nie sposób znaleźć, a oświecenie mogłoby równie dobrze być nazwą firmy usługowej.

Wbrew krytykom kapitalizmu Ehrenreich i Fraser sugerują, że główne nieszczęście związane z pracą nie polega na tym, że kultura rynku przemienia wszystko w towar, ale na tych poniżających gestach wobec przełożonych, do których zmuszani są pracownicy. Marks utyskiwał kiedyś, że kapitalizm łączy "anarchię" na rynku z "despotyzmem (...) w warsztacie". Większość jego uczniów zwracała jednak uwagę głównie na to pierwsze. Ehrenreich i Fraser przypominają nam, dlaczego miejsce pracy odgrywa tak istotną rolę w nowoczesnych koncepcjach politycznych. Jeśli nie liczyć snu, ludzie spędzają główną część życia właśnie w pracy. Tam zarabiają na życie i tam kontaktują się ze światem. Praca, jeżeli da się znieść związane z nią presje, umożliwia twórcze działanie i stwarza poczucie wspólnoty. Dla większości jednak praca to coś w rodzaju powrotu do dzieciństwa - tylko bez ówczesnej swobody, za to z wieloma typowymi dla tego okresu zakazami.

Poza tym Ehrenreich i Fraser każą nam ponownie przemyśleć polityczne aspekty ubóstwa. Wielu recenzentów chwaliło książkę "Praca za grosze..." jako godną następczynię "Innej Ameryki" Michaela Harringtona. Porównanie jest trafne, ale z innego powodu, niż się recenzentom wydaje. Harrington odkrył bowiem ludzi ubogich, jak to sam określił "na poboczu ubitego szlaku", a więc tych gnijących w wielkomiejskich slumsach i na dalekich peryferiach. Opisał różne postacie ubóstwa i rozmaite jego przyczyny; ostatecznie jednak jego książka pozostawia wrażenie, że ci ludzie są ubodzy, ponieważ nie uczestniczą w pełni w funkcjonowaniu gospodarki. Są "odrzutkami żyjącego w dostatku społeczeństwa", bo "nigdy nie mieli odpowiednich kwalifikacji" albo też "utracili je z chwilą, gdy cała reszta gospodarki posunęła się naprzód".

Aby zrozumieć obcy świat ubóstwa, trzeba mieć talent współczesnego Dickensa, bo tylko artysta potrafi uchwycić "zapach i smak" ludzi, którzy "mówią i myślą inaczej". Harrington zwracał się do żyjącego w dostatku społeczeństwa, do owych milionów ludzi, którzy nagle stali się klasą średnią i zapomnieli o istnieniu ubóstwa. Uważał, że aby poszerzyć grono "przyjaciół ubogich", trzeba opisać wyobcowanie ubogiego człowieka i potępić je elegancką i przejmującą prozą, aby przypomnieć wszystkim, że biedacy, choć "inni", też są częścią Ameryki.

Dziś jednak, jak pokazuje Ehrenreich, ubodzy nie są ofiarami ubocznymi postępu - są jego motorem, a przynajmniej smarem w jego trybach. To oni sprzątają pokoje hotelowe dla kapitalistów obieżyświatów. To oni pędzą rowerami w deszczu, dowożąc posiłki pracującym do późna prawnikom z Wall Street. To oni podejmują się prac dorywczych i sezonowych, dzięki którym skacze zyskowność przedsięwzięć. Bliżej nam dziś do "Drogi na Wigan Pier" George'a Orwella niż do "Innej Ameryki". Dla Orwella bowiem ubodzy stanowili nie przedmiot współczucia, ale niezbędny element gospodarki przemysłowej. "Kiedy jedziemy autem przez północną Anglię - napisał - może nam nigdy nie przyjść do głowy, że kilkadziesiąt metrów poniżej górnicy wydobywają węgiel i że w jakimś sensie to oni pchają nasz samochód".

Ehrenreich przypomina nam, że wprawdzie mamy dziś zelektronizowaną gospodarkę usługową, ale i tak wciąż żyjemy w Orwellowskim świecie, gdzie ubogich ludzi nie odtrąca się, tylko odmawia się im owoców ich własnej pracy. Z kolei Fraser pokazuje, że nie tylko ci nisko opłacani pracownicy muszą cierpieć dla cudzego zysku - dotyczy to również pracowników średniego szczebla w wielkich korporacjach, jak IBM czy Drexel Burnham.

Wyimaginowane audytorium Harringtona, czyli czytelnicy w białych kołnierzykach, właściwie już nie istnieje. Profesjonaliści, w obliczu redukcji i niezmieniających się stawek nazbyt się boją stracić pracę, żeby się jeszcze martwić o cudzą. Zbieżność między życiem ubogich i ludzi z klasy średniej może świadczyć o tym, że czas już ogłosić wojnę nie z ubóstwem, ale z własnym miejscem pracy - a jeszcze lepiej we własnym miejscu pracy.

Corey Robin wykłada nauki polityczne na Uniwersytecie Miasta Nowy Jork. Jego artykuły ukazywały się w pismach "The American Prospect", "Newsday", "Social Research" i "American Science Review". Obecnie pracuje nad książką "Strach. Dzieje pewnego pojęcia". Powyższy artykuł ukazał się w nowojorskim kwartalniku "Dissent" jesienią 2001 r.